stycznia 12, 2018

Detoks kosmetyczny- moje wnioski, przemyślenia i plany.



Jestem chyba ostatnią osobą, która zamieszcza tego typu podsumowanie. Jakiś czas temu razem z kilkoma dziewczynami podjęłyśmy się wyzwania, które polegało na NIE kupowaniu kosmetyków przez 3 miesiące. Wyjątkiem miały być produkty pierwszej potrzeby lub te, które się nam skończą, a zastępców na ich miejsce nie mamy.




Szykujcie się na potężnego tasiemca, mój notes pękał w szwach od różnych przemyśleń, analiz, wniosków i spostrzeżeń. Już na wstępie mogę jednak powiedzieć, że taki detoks polecam gorąco każdemu! Działa nie tylko oczyszczająco na nasze zapasy kosmetyczne i portfel, ale także na głowę i postrzeganie własnej osoby. Śmiało mogę powiedzieć, że poznałam się ze sobą trochę lepiej ;)


Jak to u mnie wyglądało?


'Okej, Magda przecież masz tyle kosmetyków, że z palcem w ... potrafisz nie kupować kolejnych przez 3 miesiące.' Z takim właśnie nastawieniem rozpoczęłam pierwsze dni mojego detoksu. Jako, że jestem uparta jak wół, to tak wyglądały moje początki wyzwania. Później było już trochę gorzej. Po kilkunastu dniach zaczęłam mięknąć, dostrzegać wyimaginowane potrzeby związane z różnymi produktami. Nie powiem, złamałam się kilka razy, ale za każdym z nich były to kosmetyki, których nie miałam, albo mi się skończyły (albo tak sobie to tłumaczyłam.) Tak w moje ręce trafił cement do włosów, którego używam od zawsze i nie zamierzam przestać, czy czarne mydło z Nacomi, które jest moim ukochanym peelingiem enzymatycznym. Wpadły też rzeczy mniej potrzebne typu: nawilżająca pomadka z Golden Rose (jakbym miała ich mało) czy błyszczyk z Bell (brawo ja!) Nie jest natomiast tych kosmetyków tak dużo, żebym mogła powiedzieć 'nawaliłaś!' :)

Pewnego ranka stała się najgorsza tragedia ze wszystkich możliwych kosmetycznych. Mój ukochany rozświetlacz Soft&Gentle spadł na ziemię i delikatnie się wykruszył- przejęta relacjonowałam Wam jego przygody na Instastories. Te, które są ze mną dłużej doskonale wiedzą, że rozświetlacz Becca chodzi za mną krok w krok i śni mi się po nocach. Obiecałam sobie jednak, że dopóki nie zużyję tego, który mam, nie skusze się na nowy. Ten poranek to był impuls. 'Tak Magda, wszystkie znaki na niebie mówią, że musisz kupić nowy. Soft&Gentle popełnił samobójstwo więc masz jawne przyzwolenie.' Poirytowana tym przykrym zdarzeniem w poniedziałek rano, po długiej przerwie (!) poszłam do pracy i biłam się z myślami co robić. Nie będę zanudzać Was całym przebiegiem tej skomplikowanej sytuacji, ale skończyło się na tym, że Soft& Gentle posklejałam, a Becca nadal do mnie nie trafiła. (To jednak nie koniec historii, resztę zobaczycie we wnioskach :D)

Jeśli chodzi o moje spostrzeżenia w trakcie trwania wyzwania, to kilka razy puknęłam się mocno w czoło. Nadmiar produktów kolorowych (szczególnie pomadek, bo z innymi raczej nie mam problemu), zaczął mi ciążyć. Fajnie jest widzieć wszystko ładnie poukładane w toaletce, ale już świadomość tego, że nie używam blisko 50% produktów już nie jest taka fajna. Z tego powodu pozbyłam się kilku pomadek w tym swoich ukochanych z Maca (kiedyś było to dla mnie nie do pomyślenia!). Ale po co mają leżeć i się marnować, skoro mojej przyjaciółce mogą dobrze służyć? (rzecz jasna, opakowania do zwrotu, nie ma przebacz :D)
Z kolejnym spostrzeżeniem było trochę inaczej. Prawie tak jakbym odkryła Amerykę. Wydawało mi się, że nie mam zbyt dużej ilości pootwieranych produktów pielęgnacyjnych. Okazało się jednak, że sytuacja jest minimalnie gorsza niż mi się wydawało. 4 balsamy- bo przecież dwa w łazience, dwa w sypialni, milion pomadek ochronnych- w każdej torebce i kieszeni- bo o usta dbać trzeba, a także stos maseczek, których jakoś nie chce mi się używać. (Planuję stworzyć post, w którym posprzątacie razem ze mną. Zbiorę WSZYSTKIE swoje kosmetyki w jedno miejsce i będziemy się z nimi sumiennie rozprawiać. Nastawiam się jednak psychicznie do takiego przedsięwzięcia ;)

Wraz z upływem czasu ilość pootwieranych produktów zaczęła maleć, torba na denko niebezpiecznie rosnąć. A ja na nowo zaczęłam cieszyć się kosmetykami, które mam w zapasach, a także tymi, których używam na co dzień. Przestało zależeć mi na tym aby jak najszybciej coś zużyć, żeby móc kupić coś innego/nowego.


  


Jakie wyciągnęłam wnioski po zakończeniu detoksu zakupowego?

Zacznę od tego, że przede wszystkim poznałam trochę siebie i mechanizmy jakie we mnie funkcjonują. Na początku było mi zdecydowanie najtrudniej, bo jestem tym typem człowieka, że jak mi ktoś powie, że czegoś nie można, robię 'no to patrz!' 

Nie wiem właściwie na ile to zasługa samego detoksu zakupowego, a na ile zasługa mojej przerwy od blogowania, ale bardzo zdystansowałam się do kolorówki. Nie grzeje mnie, nie ziębi. W 100% wystarcza mi to, co mam i czerpię radość z używania tych kosmetyków, a nie z bezsensownego wzdychania do nowości. Przecież to błędne koło! Ciągłe wypatrywanie nowości sprawia, że nigdy nie będziemy w stanie cieszyć się z tego, co posiadamy. Dlatego nie skupiam się już na kolejnych hitach, tylko na nowo odkrywam te swoje. Aha! Tutaj chcę dokończyć Wam opowieść z rozświetlaczem Becca. Jakiś czas temu byłam z przyjaciółką w Sephorze. Wysmarowałam się tym produktem od stóp do głów. I wiecie co? Wcale, a wcale mnie nie kusił. Przeszłam obok niego zupełnie obojętnie. Najlepsze jest to, że był (lub nadal jest) na świetnej promocji, a ja trwam niewzruszona. Można? Można!

Postanowiłam też bardziej skupić się na pielęgnacji twarzy i w nią inwestować. Nie mówię o impulsywnych zakupach, a raczej o przemyślanych wyborach. Chcę dobrać do swojej skóry możliwie najlepsze produkty, niekoniecznie drogeryjne. Planuję nadal regularnie korzystać z usług kosmetologów i różnych zabiegów, jakie oferują.

Pomimo całego minimalizmu, świadomych wyborów i tak dalej i tak dalej, nie będę redukować ilości perfum, lakierów do paznokci i kremów do rąk. W tej kwestii lubię mieć wybór i zależnie od nastroju decydować się na inny kosmetyk.




Czy mam jakieś plany co do wstrzemięźliwości zakupowej?

Nie, nie mam konkretnych planów. Doskonale zdaje sobie sprawę, że mam tendencję do popadania ze skrajności w skrajność. Od zawsze i we wszystkim. Mam świadomość tego, że jak czegoś sobie zabronię, to później będę musiała to odbić ze zdwojoną siłą. Dlatego też nie mówię 'stop' jakimkolwiek zakupom. Sam detoks nauczył mnie robienia przemyślanych zakupów, produktów, których potrzebuję. Poprawnie odczytuję swoje realne potrzeby. To przecież nie musi być asceza, a podejmowanie świadomych wyborów.
Nie demonizujmy promocji- nie zawsze są złe. Fajnie czasem kupić coś taniej, pod warunkiem, że naprawdę tego potrzebujemy. Na początku detoksu szerokim łukiem omijałam wszelkie promocje i wyprzedaże, ale przecież to nie one są naszym wrogiem, to nasza niekonsekwencja. 

Detoks kosmetyczny (i przerwa w blogowaniu) sprawiły, że otworzyły mi się oczy na wiele innych aspektów, dlatego też z czystym sumieniem polecam i Wam przyjrzenie się Waszym zakupom (szczególnie tym kosmetycznym) i wysokością wydatków, jakie za sobą niosą. 

Mam nadzieję, że dobrnęłyście do końca i zaspokoiłam Waszą ciekawość związaną z moimi odczuciami przed, w trakcie i po detoksie. Jestem bardzo ciekawa jak ustosunkujecie się do moich przemyśleń i jaki jest Wasz odbiór tego posta. Koniecznie dajcie znać! :)



Copyright © 2016 O wszystkim co mnie otacza , Blogger